Nowy Opel Corsa kontra nowe Renault Clio. Oba z niewielkimi silnikami Diesla – wiadomo, kłania się ekonomia eksploatacji. Samochody, które w rzeczywistości zachodnioeuropejskiej są często drugim, trzecim autem w gospodarstwie. W Polsce są to narzędzia pracy, a nierzadko samochody rodzinne.
Nie ma co owijać w bawełnę, nie względy bezpieczeństwa, nie wyposażenie, lecz cena jest podstawowym kryterium, jakim kierują się przedsiębiorcy przy wyborze samochodu do firmy. Ale cena, to nie tylko koszt zakupu samochodu, to także koszty jego późniejszej eksploatacji, czyli głównie przeglądów, ubezpieczenia i oczywiście paliwa, a trudno o bardziej oszczędne samochody niż oba testowane modele.
Ponadczasowa sylwetka Testowana Corsa, bo o niej napiszę, starając się przekonać czytelników o jej wyższości nad Clio, kosztuje 52 tysiące, oczywiście w wersji podstawowej. Tyle że testowanego modelu w wersji podstawowej na pewno nie było. Pominę milczeniem radio z CD, klimatyzację, aluminiowe felgi i elektryczne szyby, bo gdyby było to moje auto, tobym się z tego bardzo cieszył. Ale moja dziennikarska rzetelność nie pozwoli mi zasnąć, jeżeli nie powiem o nonsensach testowanego egzemplarza. Pierwszy z nich, to podgrzewane fotele, drugi, to nawigacja, a trzeci – i największy – to podgrzewana kierownica. Nie powiedziałem o doświetlaniu zakrętów, bo uważam, że to pomysł podnoszący bezpieczeństwo i wart dopłaty. Zresztą dodatki, bo tak należy je traktować, które wymieniłem, też są na pewno ciekawe i czasem praktyczne, tyle że nie w małym samochodzie, który ma być tani i praktyczny. Gdybyśmy zliczyli wszystkie elementy wyposażenia, za które przyjdzie nam dopłacić, robi się z tego grubo ponad 60 tysięcy zł. Tanie? A skąd! Pewnie się czepiam, ale na tym nie koniec. Przy tych wszystkich dodatkach, dzięki którym byłby to idealny samochód dla Inspektora Gadżeta, zapomniano o jednym, przynajmniej dla mnie, istotnym elemencie – momencie obrotowym. Oczywiście, ironizuję, ale nie do końca. Moc 75 KM przy masie auta wynoszącej niewiele ponad tysiąc kilogramów, powinna sprawić, że auto nie będzie może zrywne, ale na pewno powinno zapewniać przyzwoite osiągi. Tymczasem jazda z prędkością 30 km/h na drugim biegu była już męczarnią. Może była to także wina skrzyni biegów, chociaż 6 przełożeń do tak małego silnika, powinno pozwolić jechać nawet 20 km/h na piątce. Ale w końcu powiedziałem, że będę udowadniał, że Opel ma wiele zalet. Pierwsza to spalanie. 3,9 litra na trasie katalogowo, mi udało się z Wrocławia do Warszawy (czyli bardziej w cyklu miejskim) wykręcić 4,1 litra. Klimatyzacja była włączona i nie jechałem na kropelkę. Zawieszenie jest również fantastyczne – nie ma się wrażenia, że jedzie się tak lekkim samochodem. Poza tym na pochwałę zasługuje jakość wykończenia wnętrza. Większość rozwiązań zapożyczono z wyższych modeli Opla i to widać. Corsa jest ładna, a mówiąc klasycznym językiem dziennikarzy motoryzacyjnych – ta sylwetka szybko się nie zestarzeje, jest ponadczasowa i bardzo proporcjonalna. Reasumując: małe auto wyposażone rewelacyjnie (co, niestety, zabija atut ceny), bez momentu obrotowego, ale także praktycznie bez spalania.
Mała limuzyna W naszym teście konkurentem dla Corsy jest Renault Clio. Na początku chciałbym dokładnie to samo powiedzieć o wyglądzie Clio, co już zostało powiedziane o Corsie. Ostre rysy nadwozia, duże, przednie reflektory oraz charakterystyczny żabi tył nadają temu autu piękny i dynamiczny wygląd. Clio, stojąc na parkingu, robi wrażenie jakby pędziło i to z niemałą prędkością. Oba samochody, według mnie, są porównywalnie piękne. No, ale do rzeczy. Jak Renault spisuje się na drodze? Testowany przez nas model wyposażony był w silnik 1.5 dCI. 85 KM, którymi dysponuje ten motor, oraz moment obrotowy wynoszący 200 Nm przy obrotach rzędu 1 900, pozwalają na całkiem dynamiczną i elastyczną jazdę. W tym samochodzie nie trzeba często zmieniać biegów. Ruszanie z trójki lub wyprzedzanie bez redukcji nie stanowią problemu. Zarówno na trasie jak i w mieście Clio zachowuje się bardzo poprawnie. Na trasie spalanie małego „francuza” wynosi 5 litrów, natomiast w ruchu miejskim ok. 5,5 litra. Wyniki te są nieco gorsze niż rywalki, ale osiągami Clio wyprzedza Corsę już w blokach. W roli samochodu firmowego Renault z tym silnikiem powinien sprawdzić się znakomicie. Dużym, pozytywnym zaskoczeniem jest wnętrze. Plastiki są wysokiej jakości i dobrze spasowane. Jeżdżąc po naszych drogach, prawdopodobnie szybko się to zmieni. Oczywiście, na niekorzyść spasowania. Obsługa konsoli centralnej jest bardzo intuicyjna i nie stanowi większego problemu, co czasem ma miejsce w innych francuskich samochodach. Nasz model wyposażony był m.in. w klimatyzację i radio z CD. Szkoda tylko, że radio nie czyta plików zapisanych w formacie MP3. Ale za to seryjne nagłośnienie jest wystarczające dla zwykłego, niewymagającego melomana. Na tym lista wyposażenia dodatkowego się nie kończy. Pełna elektryka, skórzana kierownica oraz alufelgi i doświetlanie zakrętów czynią to auto małą limuzyną. Niestety, atrakcyjność ceny spada wprost proporcjonalnie do ilości dodatków. Mankamentem jest niefortunne umieszczenie gniazda zapalniczki przy hamulcu ręcznym. Ma to znaczenie, gdy używamy w czasie jazdy urządzenia do nawigacji, w które w przeciwieństwie do naszego rywala Clio nie było wyposażone. Kabel zasilania plącze się nam w czasie zmiany biegów. Ale jak już wcześniej napisałem, na szczęście nie trzeba ich zmieniać za często. Oba samochody to bardzo dobre propozycje dla oszczędnych, ale wymagających właścicieli firm lub flot samochodowych. Corsa i Clio doskonale sprawdzają się zarówno jako auta miejskie, jak i samochody służbowe pokonujące dużą liczbę kilometrów. Przy porównywalnych cenach, wynoszących ok. 60 tys. zł, podobnym wyposażeniu, ale nieco odmiennych osiągach, wygrana należy się Renault Clio.