W dzienniku "Polska. The Times" pisze o tym Łukasz Krajewski. Jak czytamy, dziś sąd zazwyczają karzą jeżdzących po alkoholu tylko grzywnami i odebraniem praw jazdy. Gdyby musieli pracować społecznie, np. na swoim osiedlu, o ich przewinieniu dowiedzieliby się np. ich sąsiedzi. Ma to stanowić dodatkowy czynnik odstraszający, bo perspektywa społecznego napiętnowania jest jedną z najskuteczniejszych kar.
Organizowanie prac społecznych dla kierowców-pijaków ma kosztować 20 mln zł rocznie. Mimo kryzysu pieniądze na ten cel w budżecie mają się znaleźć. Oprócz tego, karą dla prowadzących samochody po alkoholu ma być także ograniczenie wolności. Skazany musiałby meldować się w wyznaczonych terminach w komisariacie oraz oddać na okres kary paszport. Natomiast kierowcy recydywiści traciliby prawo kierowania autem nawet dożywotnio. Co więcej, po zaostrzeniu kodeksu karnego sędziowie karaliby bezwzględnym więzieniem tych, którzy mają już na koncie wyrok za jazdę po pijanemu.
Nawet opozycja deklaruje, że rządowe projekty poprze, choć zarówno PiS, jak i Lewica mają swoje autorskie propozycje. PiS chciałby, żeby kierowcy recydywiści byli traktowani jak zbrodniarze i trafiali do więzienia nawet na 5 lat. Lewica z kolei proponuje, aby konfiskować auta.
W 2008 roku policja zatrzymała ponad 150 tys. nietrzeźwych kierowców, czyli o 30 tysięcy więcej niż w 2001 roku. 17 proc. z nich to ci, których już wcześniej przyłapano na podobnym wykroczeniu.