Produkowany w Poznaniu Volkswagen Caddy to niewielki samochód dostawczy, w wersji maxi już trochę większy. Taki sam Caddy z pięcioma miejscami, to osobowa wersja dostawczaka. A Caddy Life z napędem na cztery koła to już najwyższa półka w świecie samochodów dostawczych.
Nic specjalnego
Z zewnątrz testowana przez nas wersja z napędem na wszystkie koła nie różni się prawie niczym od tych z napędem tylko na przód. Jest trochę wyższa i na tylnej klapie ma oznaczenie 4Motion. Podobno przeprojektowano bak paliwa, ale tego nawet wprawne oko nie jest w stanie dostrzec. Poza tym, zwarta sylwetka, przesuwane drzwi boczne z obu stron i podnoszona ku górze tylna klapa. Wszystko podporządkowane jednemu hasłu – funkcjonalności.
Obecnie, kiedy większość konkurentów wprowadziła już nowsze modele: Renault Kangoo, Citroën Berlingo, Peugeot Partnera, a Ford Transita Connecta, sylwetka niemłodego już Caddy nie wyróżnia się niczym. Ale design nigdy nie był specjalnością Volkswagena.
Od przybytku głowa nie boli
Zapraszam do wnętrza, gdzie czeka nas poważny dysonans. Klasyczne, podświetlone na fioletowo zegary, wygodne fotele. W dłoniach dobrze leży obszyta skórą trójramienna kierownica, z której możemy sterować komputerem pokładowym. Na lewo od kolumny kierowniczej sterowanie tempomatem. O takich udogodnieniach jak elektryczne szyby, lusterka i automatyczna klimatyzacja wspominać nie trzeba. Ale największym zaskoczeniem była konsola centralna, na której znajdował się ciekłokrystaliczny ekran nawigacyjny i systemu audio. Coś takiego w samochodzie dostawczym jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia.
Przy okazji nie zapomniano o praktycznych schowkach; w drzwiach, podłokietniku, przed pasażerem i nad głowa kierowcy. To jednak samochód dostawczy. Dzięki pozycji za kierownicą, dużym lusterkom i ściętemu tyłowi, widoczność z miejsca kierowcy jest doskonała.
Na tylnej kanapie jeszcze wygodniej. Przesuwane drzwi możemy otworzyć i bez problemu wysiąść nawet na zatłoczonym parkingu. Nad głowami miejsca jest sporo nawet dla koszykarza.
Tylko 21 sekund i dostawczak
Żeby zmienić VW Caddy w samochód dostawczy, wystarczy 21 sekund – naprawdę. Jednym ruchem otwieramy tylną klapę, zdejmujemy roletę i wyciągamy wykonaną z tworzywa wykładzinę. To jakieś siedem sekund. Następne siedem zajmie nam otwarcie tylnych drzwi i pociągnięcie za dwie dźwigienki – wtedy składa się jeden tylny fotel. Ten sam siedmiosekundowy manewr powtarzamy z drugiej strony i mamy pełnowymiarowy samochód dostawczy z płaską podłogą i zamontowanymi w niej kotwami mocującymi. Chcemy mieć znów samochód osobowy – 20 sekund i gotowy. Takie auta uniwersalne to ja lubię.
Adidas wśród silników
Tak jak marka Adidas weszła do potocznego słownictwa i oznacza po prostu buty sportowe, tak volkswagenowskie określenie TDI coraz częściej stosuje się określając turbodoładowane silniki Diesla. Pod maską pracuje, niestety, z winy pompowtryskiwaczy, bardzo głośno 105-konna jednostka TDI o pojemności 1.9 l.
Co prawda 250 Nm momentu obrotowego nie robi większego wrażenia, ale wystarczy, żeby VW dotoczył się do punktu docelowego. Dzięki połączeniu silnika z sześciobiegową skrzynią możemy nazwać Caddy samochodem oszczędnym. Dystans 1000 km na jednym zbiorniku to w zupełności realne osiągnięcie. Napęd 4Motion oparty jest na sprzęgle wiskotycznym, które w grupie VW i Volvo nosi nazwę Haldex. W Caddy pracuje Haldex IV generacji. Dla kierowcy nieodczuwalne jest włączenie się dodatkowego napędu.
Pozostaje tylko odpowiedzieć na jedno bardzo ważne pytanie: Czy jesteśmy gotowi dać 87 tys. zł za doskonale wyposażony minivan, który w mgnieniu oka możemy transformować w samochód dostawczy? Jeżeli tak, to Caddy nie ma konkurencji. Niestety, z uwagi na ciężar układu Haldex Caddy z napędem na obie osie i homologacją ciężarową jest dostępny tylko w dwumiejscowej wersji furgon. Jeśli przedsiębiorca chce odliczyć cały VAT zawarty w cenie tego auta i paliwa do niego, a jednocześnie nie chce rezygnować z tylnego rzędu siedzeń, ma do wyboru tylko odmiany przednionapędowe.
Kliknij, aby powiększyć.