Kilkanaście lat temu auta tych rozmiarów w krajach bogatego Zachodu nie miały racji bytu. Ale kryzys, moda na ekologię, codzienne korki i problemy z parkowaniem sprawiły, że te samochody zyskują na popularności. Chevrolet liczy na to, że nowym Sparkiem (z ang.: iskra) zdobędzie spory udział w tym rynku.
Amerykański koncern General Motors, przejmując koreańskie Daewoo, nigdy nie sądził, że następca popularnego wśród polskich działkowców Matiza oraz Tico i Maruti, jakim bez wątpienia jest Spark, będzie oferowany również w USA. Teraz ta perspektywa, pomimo tego, że Spark może być niewidoczny z większości pick-upów, a trzy Sparki zajmują jedno miejsce parkingowe pod Walmartem, wydaje się bardzo prawdopodobna, skoro do sprzedaży za oceanem trafił również dwuosobowy Smart.
Najmniejszy Chevrolet oferuje znacznie więcej. Nie dość, że ma 5 drzwi, to pozwala legalnie przemieszczać się 5 pasażerom. Może to trochę za mało, by przypaść do gustu jedzącym od rana hamburgery Amerykanom, ale na Europę powinno wystarczyć. Wszystkim powinna spodobać się odważna linia nadwozia tego auta. O ile kształt poprzedników podyktowany był głównie tym, by jak najłatwiej było go wyprodukować, a w razie kolizji wyklepać młotkiem, to Spark wygląda wyjątkowo atrakcyjnie. Olbrzymie przednie lampy, o rozmiarach, które mogą zawstydzić większość SUV-ów, ukryte w tylnym słupku klamki drugiej pary drzwi i żywe kolory mogą skusić nawet tych, którzy do tej pory nie rozważali zakupu auta amerykańskiego koncernu o koreańskim rodowodzie.
Do wyboru są benzynowe silniki o pojemności 1,0 i 1,2. Różnica w cenie wynosi 2600 złotych. Czy warto tyle zapłacić? O ile nie mamy zamiaru Sparkiem opuszczać miasta, to 68-konna jednostka 1,0 powinna wystarczyć. Co prawda do 100 km/h rozpędza się w 15,5 sekundy, ale do 70-80 km/h jest wystarczająco dynamiczny. Jeśli chcemy poruszać się Sparkiem również w trasach, to powinniśmy zdecydować się na mocniejszy motor o pojemności 1,2 i mocy 81 KM, który pozwala na osiągnięcie setki po 12 sekundach. Oczywiście nadal będzie groziła mu zadyszka podczas wyprzedzania i przy pokonywaniu wzniesień, ale to raczej wina źle zestopniowanej skrzyni biegów – z długiego drugiego biegu można ruszać i jechać na nim z prędkością ponad 100 km/h, z kolei „trójka” pozwala na osiągnięcie prędkości maksymalnej.
Rozwiązaniem tych problemów mogłaby być automatyczna skrzynia biegów, lecz ta na razie jest niedostępna. Podobnie zresztą jak silnik diesla. Najważniejszą zaletą obu tych motorów jest fakt, że posiadają one 4, a nie 3 cylindry, co sprawia, że nie tylko są ciche, ale że kultura ich pracy jest satysfakcjonująca. Co ciekawe, oba motory zadowalają się średnio podobnymi ilościami paliwa – ok. 6,5 litra benzyny na 100 kilometrów.
Bagażnik można uznać za wystarczający w mieście, jego pojemność to bowiem 170 litrów. Niestety, bagażnik ma wąski otwór załadunkowy i wysoką krawędź. To wartość zbliżona do bagażnika Pandy czy Mini, więc w dłuższe podróże, o ile jedziemy we czwórkę, należy wybierać się ze skromnym ekwipunkiem – szczoteczka do zębów i majtki na zmianę muszą nam wystarczyć. Fotele są usadowione wysoko i zachęcają do zajmowania raczej pionowej pozycji za kierownicą. Brakuje im bocznego wyprofilowania, ale w ruchu miejskim to nie problem. Młodszym klientom spodoba się zestaw zegarów. Przypominają one rozwiązania, które możemy znaleźć w motocyklach, natomiast starszym mogą skojarzyć się co najwyżej z EKG.
Właściwości jezdne nowego Sparka są podobne do tych, które oferuje większość aut w segmencie. Są po prostu przeciętne. Spark jest miękko zawieszony, a małe koła z wąskimi oponami potęgują wrażenie niestabilności tego wąskiego i wysokiego auta. Cienki wieniec kierownicy i jej spore rozmiary podkreślają jego wątłą naturę.
O ile w mieście nie stwarza to większych problemów, to w trasie jest kłopotliwe. Spark to najniższa klasa samochodów sprzedawalnych w Europie. Nie wspominam o ewenementach na skalę Taty Nano czy innych wynalazkach oferowanych na skalę lokalną, do których być może dojrzejemy po kolejnym kryzysie finansowym. W klasie pięciodrzwiowych maluchów segmentu A to maksimum samochodu, jakie można mieć za kwotę 31 tys. złotych i pierwszy godny rywal Fiata Pandy. Inne auta tego segmentu, np. Suzuki Splash czy Opel Agila, są w podstawowych wersjach o około 10 tys. złotych droższe. Chevrolet pokazał kolejne (po modelu Cruze) auto zrywające z koreańskimi korzeniami, które może podbić nie tylko wschodzące rynki. A to oznacza, że ta traktowana długo po macoszemu marka może za uszy wyciągnąć koncern GM z kryzysu.